Od końca pobytu w Gandawie i napisania tej piosenki minął już prawie rok, ale umieszczam ją dopiero teraz. Lepiej późno niż wcale.
Jest oparta na faktach, ale nie należy jej brać zbyt serio...
wtorek, 22 grudnia 2009
piątek, 6 lutego 2009
last but not least
Generalnie, to ja bardzo pozytywnie oceniam tego Erasmusa. Praktycznie na każdej płaszczyźnie był on udany:
1) naukowo
Dużo doświadczenia zdobyłem. Przesiadywałem w tym labie po czterdzieści godzin tygodniowo, więc teraz bez problemu powinienem się odnaleźć w laboratorium mikrobiologicznym. Badania do pracy są zrobione i w dużej części spisane. Jeszcze trzeba będzie siąść i trochę popisać, ale pewnie większość już jest.
2) krajoznawczo
Mieliśmy kilka wycieczek (Antwerpia, Brugia, Ostenda, Bruksela, Rotterdam), więc kawałek świata zobaczyliśmy. Nie tylko Belgię lepiej poznaliśmy, ale też kulturę innych narodów. O Ekwadorze wiem teraz całkiem sporo.
3) towarzysko
Nie mieszkaliśmy w akademiku i nie chodziliśmy na zajęcia z innymi studentami, więc tak mnóstwa osób nie poznaliśmy. Ale przecież nie o ilość chodzi :) Bywaliśmy na Overpoorcie (ulica z mnóstwem knajp i dyskotek), ale większość imprez była w domciu, w bardziej kameralnym gronie, przy Youtubie, gitarze i tanim winie.
A te ciemne strony?
Rozłąka z bliskimi nie jest tak dotkliwa, jeśli w pokoju jest internet. Dzięki skype (jak to się odmienia?) i gg tej odległości tak bardzo się nie czuje. Wiadomo, że to nie jest to samo, co kontakt na żywo, no ale nie można być w dwóch miejscach naraz.
Problemem czasem były formalności, ale i to jest do przejścia.
Jak ktoś lubi marudzić, to zawsze znajdzie powody, żeby ponarzekać. Ja ten wyjazd oceniam bardzo pozytywnie, a te drobne minusy nie wpłyną znacząco na ogólne wrażenie.
Podziękowania to nie jest tylko obowiązkowa część pracy magisterskiej. One są potrzebne by nie zapomnieć o ludziach, dzięki którym ten wyjazd się udał. Zaangażowanych w to było wiele osób, zaczynając od rodziny, które mnie w tym wspierała, poprzez tych którzy dzielili podobny los (Współlokatorki, Maciek, inni Erasmusi), pomagali w wielu sprawach podczas pobytu (zwłaszcza znajomi z labu, zwłaszcza Sławek), kończąc na tych, którzy bezpośrednio w organizacji wyjazdu pomogli. Podziękować też trzeba naszemu Promotorowi: wszak to on był głównym sprawcą wyjazdu.
Dzięki!
Ja już tu więcej nie będę pisał, może Maciek coś jeszcze dorzuci. Na zakończenie powiem, że nie tylko warto było wyjechać na Erasmusa. Warto też było prowadzić tego bloga. Jest to świetna pamiątka z wyjazdu i radość, że go czytaliście.
cześć, pa :)
sobota, 24 stycznia 2009
to już jest koniec?
Oj, intensywne były te dni ostateczne czwórki polskich studentów w odległym mieście Gandawą zwanym. Nie było czasu nawet na obejrzenie wszystkich wziętych z Polski filmów, doczytania książek. Trzeba było pozałatwiać wszystkie formalności przed wyjazdem. Trzeba było, jak najbardziej, posunąć pisanie pracy, żeby w domu jak najmniej czasu temu poświęcić. Trzeba też było wygłosić prezentację przed laboratoryjną komisją. Dowiedzieliśmy się o tym na dwa dni przed, ale to może i dobrze, że stres nie był dłuższy niż te dwa dni. Tak więc, bardzo naukowy czas mieliśmy na finiszu, który przeplatany był pożegnalnymi imprezami. Bo najpierw żegnaliśmy się z Polakami z labu. Na tą kolację mieliśmy mule, czyli małże. Poza tym frytki, robione według belgijskiej receptury. Sławek z Moniką przynieśli z labu garnek i frytkownicę (tak, takie rzeczy są w laboratorium).
W ostatni dzień poszliśmy do labu po raz ostatni. Ostatnie (i zarazem pierwsze) wspólne zdjęcie. Ostatnie pożegnanie.
Potem już tylko zdanie mieszkania, pójście z torbami na miejsce odjazdu. Zmokliśmy, bo niebo płakało, gdy wyjeżdżaliśmy.
Bardziej całościowo spojrzę i jakoś podsmumuję ten wyjazd w kolejnej, a pewnie i ostatniej notce.
poniedziałek, 19 stycznia 2009
ostatki
Ostatnie pranie. Ostatnie naleśniki. Jak by nie patrzeć: ostatni tydzień właśnie mija.
Wczoraj była niedziela. Ta ostatnia niedziela. W 2008 roku mieliśmy tradycję przygotowywania i wspólnego jedzenia niedzielnych obiadków. Po powrocie do kraju Maćka ta tradycja się urwała. Ale tak nie do końca, bo ostatnio wystąpiła w innej postaci. W sobotę Ishu - nasz rozśpiewany współlokator - przygotował nam tradycyjny nepalski obiad. Chyba 3 godziny spędził w kuchni. Przyrządził kurczaka w jakimś ich specjalnym sosie. Kupił też kurczaka z rożna, bo mówi, że w jego kraju też to często jedzą. Były też ziemniaki z czymś tam. I ryż, o którym sobie przypomniał już po obiedzie. O winie, piwie i chipsach już nie wspominam. Bardzo miło spędziliśmy ten czas. Cultural experience. Jak się pojedzie na Erasmusa, to od kuchni można poznać kulturę innych krajów.
wtorek, 13 stycznia 2009
Zwarte Piet i Sinterklaas
Chociaż już zakończyłem swoją przygodę w Gent, zostało mi jeszcze kilka tematów, które chcę na blogu opisać. Do Gandawy wracam myślami, dzisiaj razem z Wami przeniosę się w czasie aż do 6. grudnia.
Święty Mikołaj w Belgii odwiedza co roku nie tylko dzieci, ale i pracowników laboratorium w UZ Gent. Tym razem nie było inaczej. Brodaty biskup - Sint Nicolaus przybył w towarzystwie Zwarte Piet [czyt. Szwate Pit]. Czarny Piotr jest pomocnikiem Świętego. Nosi duży zgrzebny worek i karze niegrzeczne dzieci. Karci je bardziej dotkliwie niż w Polsce. Po prostu wrzuca je do worka i zabiera ze sobą w dalszą podróż. Na szczęście w szpitalu obyło się bez kar. Wszyscy dostali prezenty od Świętego Mikołaja i barwne całusy od Zwarte Piet'a. Zobaczcie sami.

Zdjęcia dzięki uprzejmości pomocnika Zwarte Piet'a
Święty Mikołaj w Belgii odwiedza co roku nie tylko dzieci, ale i pracowników laboratorium w UZ Gent. Tym razem nie było inaczej. Brodaty biskup - Sint Nicolaus przybył w towarzystwie Zwarte Piet [czyt. Szwate Pit]. Czarny Piotr jest pomocnikiem Świętego. Nosi duży zgrzebny worek i karze niegrzeczne dzieci. Karci je bardziej dotkliwie niż w Polsce. Po pr

Zdjęcia dzięki uprzejmości pomocnika Zwarte Piet'azobaczyć Smerfów las
O osobliwym symbolu Brukseli pisałem już wcześniej, dlatego na temat Manneken Pis będzie tylko to jedno zdjęcie.

W mieście są ciekawsze rzeczy niż statuetka sikającego chłopca. Na dobre przekonałem się o tym w tą sobotę, będąc na kolejnej, a pewnie i ostatniej, wycieczce w stolicy. Pomagająca mi w zwiedzaniu Basia wiele wiedziała na temat miasta, więc teraz ja mogę Wam o nim opowiedzieć:
Rynek, czyli Grand Place. Bardzo ładny.
O widocznym na zdjęciu ratuszu krąży legenda, że jego architekt popełnił samobójstwo, gdy zobaczył efekt swojej pracy. Jest to bardziej legenda niż prawda, ale na zdjęciu można zauważyć, co zostało źle zaprojektowane.
Bruksela to miasto komiksów. Wiele takich obrazków można zobaczyć nawet na murach domów. Z tego miasta pochodzi Peyo – autor Smurfów.
Księżna Matylda – żona Filipa, który w przyszłości będzie królem Belgii jest z pochodzenia Polką. Jest córką (urodzonej w Białogardzie) hrabiny A.M.K. Komorowskiej a prawnuczką A.Z.Sapiehy. Sama po Polsku nie mówi i w ogóle w Belgii mało kto wie o jej polskich korzeniach. Uważają ją za typową Belgijkę (jej ojciec jest Flamandem, który mieszkał we francuskojęzycznej Walonii) czyli osobę łączącą oba narody tego kraju. W ogóle ten kraj powstał jako zlepek dwóch narodów w 1830 roku. Podziały są widoczne do tej pory. Bogata północ chce się oddzielić od biedniejszego południa. Tak podział w samym sercu Unii Europejskiej źle by jej wróżył.
To, że ten mały kraj miał swoją wielką kolonię – Kongo – wiedziałem wcześniej. Dowiedziałem się natomiast, że początkowo była to prywatna własność króla Belgii – Leopolda II. Dopiero po jego śmierci, na początku XX wieku, ten olbrzymi kraj przeszedł w ręce państwa. Stamtąd sprowadzano m.in. kakao. A jak wiadomo, Belgia słynie z czekolady.
Na koniec poszliśmy do muzeum instrumentów muzycznych.

Byłem pod wrażeniem ludzkiej kreatywności w wymyślaniu przedmiotów, które mogą tworzyć muzykę.
W mieście są ciekawsze rzeczy niż statuetka sikającego chłopca. Na dobre przekonałem się o tym w tą sobotę, będąc na kolejnej, a pewnie i ostatniej, wycieczce w stolicy. Pomagająca mi w zwiedzaniu Basia wiele wiedziała na temat miasta, więc teraz ja mogę Wam o nim opowiedzieć:
Rynek, czyli Grand Place. Bardzo ładny.
Bruksela to miasto komiksów. Wiele takich obrazków można zobaczyć nawet na murach domów. Z tego miasta pochodzi Peyo – autor Smurfów.
Księżna Matylda – żona Filipa, który w przyszłości będzie królem Belgii jest z pochodzenia Polką. Jest córką (urodzonej w Białogardzie) hrabiny A.M.K. Komorowskiej a prawnuczką A.Z.Sapiehy. Sama po Polsku nie mówi i w ogóle w Belgii mało kto wie o jej polskich korzeniach. Uważają ją za typową Belgijkę (jej ojciec jest Flamandem, który mieszkał we francuskojęzycznej Walonii) czyli osobę łączącą oba narody tego kraju. W ogóle ten kraj powstał jako zlepek dwóch narodów w 1830 roku. Podziały są widoczne do tej pory. Bogata północ chce się oddzielić od biedniejszego południa. Tak podział w samym sercu Unii Europejskiej źle by jej wróżył.
To, że ten mały kraj miał swoją wielką kolonię – Kongo – wiedziałem wcześniej. Dowiedziałem się natomiast, że początkowo była to prywatna własność króla Belgii – Leopolda II. Dopiero po jego śmierci, na początku XX wieku, ten olbrzymi kraj przeszedł w ręce państwa. Stamtąd sprowadzano m.in. kakao. A jak wiadomo, Belgia słynie z czekolady.
Na koniec poszliśmy do muzeum instrumentów muzycznych.
Byłem pod wrażeniem ludzkiej kreatywności w wymyślaniu przedmiotów, które mogą tworzyć muzykę.
czwartek, 8 stycznia 2009
udusiłem gołąbki
czyli kolejny odcinek cyklu pt. „Gotuj z Tobiaszem!”
Się zaczęło od tego, że postanowiłem urozmaicić, uzielenić swoją dietę. Poszedłem kupić sałatę, a później nie wiedziałem, co zrobić z tą kapustą...Dziewczyny podpowiedziały mi te gołąbki. Trochę mi też w tym pomogły – zwłaszcza Gosha /czyt. Hoszka/.
Jak wróciłem dziś do domu na przerwę obiadową, to nie jadłem nic, tylko wyciągnąłem do rozmrażania zakupione dzień wcześniej mięso. Większe przygotowania (zwróćcie uwagę na etymologię słowa „przygotowania”, to słówko idealnie tu pasuje) rozpocząłem po powrocie na dobre do domu. Najpierw szukałem w necie możliwie najprostszego przepisu, na który składniki mógłbym mieć. W końcu znalazłem jeden, do którego wykonania brakowało mi jedynie pieprzu i kostki rosołowej, ale jakoś dałem radę. Wyciąłem głąba i gotowałem główkę aż jej skóra płatami schodziła. Ugotowany ryż (a w gotowaniu ryżu i makaronu jestem całkiem niezły) zmieszałem z tym mięchem, jajkiem, które miało pójść do jutrzejszych naleśników i wszystkimi przyprawami jakie znalazłem. No i wtedy się dowiedziałem, że termiczna obróbka gołąbków (tytułowe duszenie) będzie trwała przynajmniej godzinę. A jak już mówiłem na lunch nic nie jadłem. No nic, dla dobra kulinarnej sztuki, poświęcę się.
Jeszcze przed tym duszeniem odbyło się najtrudniejsze zajęcie, czyli zawijanie mixu ryżowo-mięsno-jajeczno-przyprawowego w liście kapusty. Ulepić takiego gołąbka, to jest prawdziwa sztuka! Potem tylko ułożenie ich w garnku (takie elastyczne, trójwymiarowe puzzle) i godzina cierpliwości.
Po godzinie wróciłem do kuchni. Nie, nie przypaliły się. Spróbowałem i... pomyślałem, że z jakimś dobrym sosem to by to dało radę zjeść. Dałem radę i bez sosu. Sos można dorobić przy następnej okazji bo nalepiłem ich tyle, że starczy na jeszcze jakiś czas.
Nawet nie były takie złe. Ale na kolację wolałem już zjeść coś innego. Tyle, że byłem dziś tak zajęty przygotowaniem obiadu, że wyleciało mi z głowy pójście do piekarni po chleb. Schodząc do kuchni myślałem, co by tu można zjeść, jak się nie ma chleba. Właściwie, to była tylko jedna opcja. No zgadnijcie jaka. :)
Tak, gołąbki...
Się zaczęło od tego, że postanowiłem urozmaicić, uzielenić swoją dietę. Poszedłem kupić sałatę, a później nie wiedziałem, co zrobić z tą kapustą...Dziewczyny podpowiedziały mi te gołąbki. Trochę mi też w tym pomogły – zwłaszcza Gosha /czyt. Hoszka/.
Jak wróciłem dziś do domu na przerwę obiadową, to nie jadłem nic, tylko wyciągnąłem do rozmrażania zakupione dzień wcześniej mięso. Większe przygotowania (zwróćcie uwagę na etymologię słowa „przygotowania”, to słówko idealnie tu pasuje) rozpocząłem po powrocie na dobre do domu. Najpierw szukałem w necie możliwie najprostszego przepisu, na który składniki mógłbym mieć. W końcu znalazłem jeden, do którego wykonania brakowało mi jedynie pieprzu i kostki rosołowej, ale jakoś dałem radę. Wyciąłem głąba i gotowałem główkę aż jej skóra płatami schodziła. Ugotowany ryż (a w gotowaniu ryżu i makaronu jestem całkiem niezły) zmieszałem z tym mięchem, jajkiem, które miało pójść do jutrzejszych naleśników i wszystkimi przyprawami jakie znalazłem. No i wtedy się dowiedziałem, że termiczna obróbka gołąbków (tytułowe duszenie) będzie trwała przynajmniej godzinę. A jak już mówiłem na lunch nic nie jadłem. No nic, dla dobra kulinarnej sztuki, poświęcę się.
Jeszcze przed tym duszeniem odbyło się najtrudniejsze zajęcie, czyli zawijanie mixu ryżowo-mięsno-jajeczno-przyprawowego w liście kapusty. Ulepić takiego gołąbka, to jest prawdziwa sztuka! Potem tylko ułożenie ich w garnku (takie elastyczne, trójwymiarowe puzzle) i godzina cierpliwości.
Po godzinie wróciłem do kuchni. Nie, nie przypaliły się. Spróbowałem i... pomyślałem, że z jakimś dobrym sosem to by to dało radę zjeść. Dałem radę i bez sosu. Sos można dorobić przy następnej okazji bo nalepiłem ich tyle, że starczy na jeszcze jakiś czas.
Nawet nie były takie złe. Ale na kolację wolałem już zjeść coś innego. Tyle, że byłem dziś tak zajęty przygotowaniem obiadu, że wyleciało mi z głowy pójście do piekarni po chleb. Schodząc do kuchni myślałem, co by tu można zjeść, jak się nie ma chleba. Właściwie, to była tylko jedna opcja. No zgadnijcie jaka. :)
Tak, gołąbki...
Subskrybuj:
Posty (Atom)